Link :: 09.06.2005 :: 19:24
- Wchodź - mruknęła prof. Almah wbijając swój ostry paznokieć pomiędzy jej łopatki. Weszły do niewielkiego przechodniego pomieszczenia, gdzie Almah spotkała osobnika w długim fikuśnie wyszywanym płaszczu i zaczęła go o coś wypytywać, dla odmiany wyjątkowo ugrzecznionym tonem. Gwen zastanawiała się właśnie jaką znów karę wymyśliła znowu. Dożywotnie zamknięcie w tym wielkim gmachu, o chlebie i o wodzie.. Nie, bez chleba i bez wody.. a może znalazły się po prostu w gigantycznej sali tortur? Budynek znajdował się na głównej alei, opleciony wściekle wijącymi się czerwonymi lianami. Gdy Almah rozmawiała, jeden z gwardzistów uparcie wpatrywał się w Gwen. Kiedy jednak na niego spojrzała, chrząknął znacząco i przybrał bardzo oficjalny wyraz twarzy. Jednak widać było że jej inność wywierała na wszystkich wielkie wrażenie..
- Gdzie jesteśmy? - spytała szeptem gwardzistę ale on trochę się spłoszył tego nagłego pytania i tylko odsunął się z jeszcze bardziej surową miną niż poprzednio.
Wreszcie Almah zawołała ich i podążali za skrzydlatym w wyszywanym płaszczu. Idąc, wyciągał ręce przed siebie jakby był lunatykiem i Gwen zapewne roześmiałaby się, gdyby nie jej śmiertelne przerażenie. Dokąd ją prowadzą? Serce skakało jej wysoko to znów opadało. Nieśmiało spojrzała wstecz. Może Almah odprawi wreszcie gwardzistów i wtedy będzie mogła spróbować ucieczki? Och, żeby tylko zapamiętała drogę! Po chwili zauważyła że ten w wyszywanej szacie swoim gestem odgania skrzydlatych, pierzchających natychmiast i bez zbędnych pytań. Musiał być jakąś ważną osobistością, pomyślała czując jak serce podskakuje jej do gardła. Co oni chcą z nią zrobić? Na środku sali znajdowało się wielkie skupisko kolumn sięgających sufitu, i oplecionych czerwonym bluszczem. Zatrzymali się przy nim. Gwardziści popchnęli Gwen lekko naprzód. Spojrzała się na nich pytająco
- Wejdź tam - poleciła Almah a Gwen obróciła się za siebie. Straż stała wokół kolumnady strzegąc drogi ucieczki.
- Nic ci się nie stanie - syknął jeden z gwardzistów, chyba ten który wcześniej tak uważnie się jej przyglądał. Almah zmarszczyła brwi:
- To się jeszcze okaże.

Komentuj (2)


Link :: 24.04.2005 :: 12:10
Profesor Almah z łatwością przelazła przez otwór w szafie i znalazła się na łące, bacznie się rozglądając. Wokół nie było żywej duszy.. Po chwili zaintrygowani pomocnicy, nie widząc zakazów ze strony profesor, przeleźli również, jako pierwszą wpychając jednak Gwen, której musieli przecież pilnować. Measty powoli podążyła za nimi, w pośpiechu chwyciwszy swoją niby-małpkę, a korowód zamykał Eneasz, który przyplątał tu się ni stąd ni zowąd, poruszając się bezgłośnie na swoich czterech cienkich kończynach.
- Och! Niezłe to zaklęcie, naprawdę bardzo dobre, chyba cię nie doceniałam – szepnęła Measty zbliżywszy się niepostrzeżenie do Gwen, ale dziewczyna pokiwała tylko głową bez przekonania. Przecież to niemożliwe żeby ona sama wyczarowała coś takiego, i to zupełnie nieświadomie! Wokół rosły zielone, finezyjnie przystrzyżone drzewka, rozciągały się malownicze polanki, ogrzane ciepłem słońca. Almah milczała, raz po raz dźgając Gwen gdzieś w okolicy łopatki, a każde dźgnięcie wyrażało jednakową niechęć. Ich spacer skonczył się po chwili, za jedną z polanek bowiem ukazał im się wysoki na kilkanaście metrów wielki, ceglany mur. Korzystając z tej chwili, Gwen miała teraz okazję dobrze się wszystkim przyjrzeć. Pomocnicy Almah, którzy ją odnaleźli, byli to po prostu gwardziści Księżnej, ubrani w swoje standardowe mundury z granatowych blaszek i tylko,brak im było żółtych, igiełkowych kołnierzy, które nosili na zamku. Zamiast tego na przegubach ich dłoni znajdowały się specjalnie bransolety z wygrawerowanymi słowami wyjątkowej czci oddawanej Księżnej oraz nazwą ich oddziału - Oddziału Interwencji w Sprawach Nadzwyczajnych – OISN. Profesor Almah miała na sobie krótki, sportowy płaszczyk i wysokie buty, jak przypuszczała Gwen, idealne do jazdy na pegazie. Jej srebrnoblond włosy, upięte dotąd w misterny kok, rozwichrzyły się teraz mocno, nadając jej twarzy zabawnie malowniczy wygląd. Widać było że szukała Gwen już od dłuższego czasu, i pewnie przemierzyła kawał drogi, by ją odnaleźć, nie spodziewając się wcale, że znajdzie ją tak blisko. Wszystko przez Eneasza, który zmylił profesor, ukazując kłódkę rozwaloną zaklęciem i rozkładając w róznych miejscach ślady bytności człowieka takie jak pozostawiony gdzieś włos, czy parę nerwowych oddechów zatopionych nieumyślnie w szkle.. Skrupulatnie zdobywał te cenne drobiazgi podczas każdego spotkania z Gwen i biegał potem ulicami miasta, układając z nich przypuszczalną drogę zabłąkanej, spanikowanej dziewczyny. Wszystko po to, by przedłużyć czas który pozostanie Gwen na ucieczkę, tak samo jak i to zaklęcie, które najprawdopobniej właśnie on wyczarował, wcale nie ona! Teraz dreptał skromnie za nimi, z wywieszonym jęzorem, zdobywając się na niby-psi niby-uśmiech i tłumiąc żal, że się nie powiodło, że jednak ją dopadli.
- Cisza! - zakrzyknęła Almah odwracając się w stronę gwardzistów karcąco. Zamilkli, pozwalając jej mówić – Teraz Gwardia zbada teren po drugiej stronie muru a dzieczyna zostanie ze mną. Ach! Kucharka i zwierzęta mają natychmiast wyjść! Kto w ogóle pozwalał wam na przejście tutaj?! - wykrzywiła się. Gwardziści wzbili się na wysokość muru, trzepocząc swoimi ważkowymi, wyjątkowo dobrze wykształconymi skrzydełkami, a profesor odwróciła się do Gwen niechętnie – Skłamałaś – stwierdziła stanowczo – Skłamałaś z tym, że nie uczyłaś się nic a nic.
- Nie... - wyszeptała Gwen – Nie, naprawdę nie kłamałam, nie wiem jak to...
- Dalej kłamiesz – oznajmiła tamta, jednak tym razem z uśmiechem aprobaty. Nawet dobrze. Im szybciej się nauczy, tym lepiej dla niej – To zaklęcie nie jest jednak oszałamiające, wiedz o tym. Grafika kiepska.. Przyjrzyjmy się na przykład tej trawce – szepnęła urywając źdźbło i siadając na ziemi. Zbliżyła je blisko do oczu, i machnęła ręką na Gwen, by ona przyjrzała się również - Widzisz, gdy patrzy się na nie z odległości, wydaje się normalną trawą. Wydaje się być twardym, sztywnym kawałkiem chociaż zielonej i podłużnej, to jednak żywej istoty, która czuje tak samo ja my, widzi, smakuje, słyszy.. Ale gdy trzymasz ją w ręce, jest zwykłą, zieloną nitką, z której utkany jest dywan łąki, nie czuć w niej słońca, bólu, dobra ani zła, czuć w niej tylko zieloną nitkę, trawę bez duszy..
- To się nazywa grafiką? - zdziwiła się Gwen i zaśmiała. Nasunęło jej się skojarzenie z jakąś grą komputerową, albo czymś w tym rodzaju – Poza tym jak niby trawa mogłby czuć, widzieć, smakować i słyszeć? Absurdalne...
- Jak mogłaby? - prychnęła Almah trywialnie, nagle zmieniając swój romantyczny, myślicielski ton, a przybierając ton zniecierpliownego belfra – Spytaj raczej jak nie mogłaby? Przecież to oczywiste, że każdy kto jest widziany również i widzi, każdy słyszany - słyszy, każdy, kogo możesz odczuć - odczuwa również, każdy smak działa również we dwie strony, uszczęśliwając zarówno zjadającego jak i zjadanego.. Ach, czegóż cię tam oni w tej szkole uczyli, biedne dziecko. Parę nędznych zaklęć, wyzutych z kolorów tak jak obraz bez barw a tylko z kształtami, bez najprostszych podstaw V Sztuk Najważniejszych, nauki o iluzji i realności, o ciągłości trwania i przemijania, o prawach i prawdach, o kłamstwach i ... Ach, biedne dziecko! - musiała jednak przerwać, bo właśnie z góry nadszedł chóralny okrzyk mocnych, męskich głosów gwardzistów, że teren jest czysty, żadnych ukrytych pułapek, żadnych tajemnych przejść, dzikiej zwierzyny, sideł, negatywnych aur, fali, energii, niczego. Pusta, zwyczajna polana – Dobrze więc. Jeżeli wyczarowałaś sobie ten fragment świata, niech będzie twój. Oddaję ci go, choć wejście do niego znajduje się na terenie moich posiadłości. Dbaj o niego, jeśli chcesz, albo nie dbaj, jeżeli ci na tym nie zależy. W ogóle, tak właściwie niewiele mnie obchodzi co się z nim stanie. Tyle się tych różnych dziwnych zakątków mnoży, wyczarowywanych przez dzieciarnię albo jakieś niewyżyte czarownice, zaśmiecają nam kraj porządnie, ale właściwie prawnie nie da się tego w żaden sposób ograniczyć. Dobrze, opuśćmy już to miejsce. Jakież denerwujące są te niedokończone, dziecinne szkice przestrzeni. Zajęłabyś się lepiej teorią zamiast porywać się na prawdziwe zaklęcia.. - na nic się zdało tłumaczenie profesor, że to naprawdę wcale nie jej zasługa, a ona sama nie potrafiłaby zrobić nawet jednej setnej tego, co tutaj tak nagle wyrosło – Almah uparła się że dziewczyna kłamie, co jednak wcale aż tak bardzo jej nie przeszkadzało. Wyprowadziła ją na zewnątrz, po czym pozwoliła na pospieszne pożegnanie z Measty. Kucharka wzięła Gwen na stronę, i ucałowawszy ją kilka razy soczyście, wepchnęła jej wielką torbę, którą musiała sobie przygotować wcześniej, przewidując przebieg wydarzeń. Torba ta była naładowana po brzegi jedzeniem, kocami, kilkoma sztukami ubrań (jedne z mniejszych jakie udało jej się wygrzebać w swojej szafie) i mnóstwem dziwnych, niewielkich przedmiotów, co do których Measty zarzekała się że są przedmiotami codziennego użytku, i że gdziekolwiek się nie znajdzie, Gwen na pewno nie obejdzie się bez nich w żaden sposób. Oprócz tego wpakowała jej jeszcze parę cienkich zeszycików i specjalne piórko, które podobno zapisuje wszystko na dwa sposoby – optymistyczny i pesymistyczny, tak, żeby Gwen mogła zawsze pocieszyć się w czasie dołów i zauważyć niebezpieczeństwa w wypadku skrajnej euforii (zapewne było ono w komplecie z lusterkiem, ale lusterko Measty litościwie zatrzymała). Nie wiedząc, jak się odwdzieczyć, Gwen wyściskała tylko mocno kucharkę, szepnęła że ma wielką nadzieję wrócić tutaj jeszcze, bo wydaje się że Almah nie jest aż tak źle do niej nastawiona. Measty odpowiedziała dość tajemniczo, że plany Almah nie są wcale aż takie złe, jak słyszała od niemalże wszechwiedzącego Eneasza, i że na pewno jeszcze się spotkają. Wreszcie Almah krzyknęła na Gwen że ma się streszczać bo jest już nieznośna, i że to typowo ludzka cecha mazgajenia się i roztkliwiania przy najdrobniejszej okazji, pociągnęła ją gwałtownie za rękę, i wyszli.
Komentuj (4)


Link :: 14.04.2005 :: 20:05
Z zewnątrz dochodził stłumiony odgłos rozmowy Measty z Almah. Almah miała ostry, surowy głos, chyba krzyczała. Oprócz tego dało się słyszeć tupot jakiś stóp.. było ich więcej.. nie było wątpliwości że jej szukają.
- Uważaj, bo rzucę na ciebie zaklęcie prawdy, a jeśli okaże się że skłamałaś... - cedziła profesor – Wiesz dobrze że to sprawa najwyższej rangi, najwyższej... Człowiek w Idealii.. Człowiek! Wiesz czym może się to skończyć?!! - głos stawał się coraz bardziej napastliwy - Och, błagam błagam, Measty, nie zdradź mnie – szeptała Gwen w myślach, ale jedynymi odgłosami jakie wydawała z siebie Measty były pełne żałości westchnięcia.
- Measty cię nie zdradzi – szepnął w jej myślach Eneasz – Twój los zalezy teraz tylko od ciebie samej. W tej szafie ukryta jest droga do wyjścia.. ale musisz ją odnaleźć i otworzyć... Musisz... - ale Gwen nie mogła dostrzec w tym ciemnym pudle niczego, zupełnie niczego. Wymacała tylko pod sobą suchą, twardą półkę na której przycupnęła i.. tyle. Nic więcej. Szafa wydawała się być pusta, zupełnie tak, jakby tylko czekała aż ktoś zechce się w niej ukryć. Ale.. zaraz! Przecież we wszystkich ciemnych miejscach, jakie do tej pory przyszło jej odwiedzać zawsze rozbłyskały wreszcie te niesamowite, żółto-fioletowe oczy nocnego duszka! Czemu tym razem pozostaje sama? Może on jakoś mniej enigmatycznie wytłumaczyłby jej jak ma się wydostać? Jednak nocny duszek nie pojawiał się, a sekundy mijały powoli jak całe wieki. Miała już dość nasłuchiwania. Czas naglił. Z każdą chwilą brygada prof. Almah bliżej była wykrycia jej kryjówki... Na oślep przeszukała wszystkie ściany szafy poszukując jakichś klamek, kastalków.. czegokolwiek. Wreszcie spróbowała siły swej wyobraźni – tego, co niewiadomo czemu skrzydlaci nazywają mocą. Może uda jej się stać się niewidzialną? - Eneasz, ratuj! - jęknęła w myślach, ale nikt nie odpowiedział. Usłyszała tylko echo wypowiedzianych już słów: twój los zależy tylko od ciebie.. od ciebie.. Miała ochotę się rozpłakać jak małe dziecko. Histerycznie, z głośnym szlochaniem i pociąganiem nosem. Ale przecież musiała się trzymać, usłyszeliby ją, a i czas płynął nieubłaganie. Odwróciła się plecami do wyjścia, wpatrując się w ciemną deskę przed sobą – Ach, wielka ściano szafy stań się drzwiami – wyszeptała w myślach nie zastanawiając się nad tym jak idiotycznie by to zabrzmiało i spróbowała położyć dłoń na wyimaginowanej klamce. Ale nic z tego, właśnie gdy ją naciskała, gorąca, nieokiełznana łza wylała się na policzek, psując wszystko i, co gorsza, pociągając za sobą następne i następne... To na nic. Okropny mazgaj. Spróbowała jeszcze raz, tym razem skupiając się najlepiej jak potrafiła. Zacisnęła oczy. I nagle poczuła przyjemne zimno klamki, tak różne od dusznego zaduchu koło niej, poczuła je wyraźnie, materialnie, a jednak bała się otworzyć oczy. Uchyliła drzwiczki.. poczuła lekki powiew powietrza.. delikatne muśnięcie wiatru. Za nimi rozciągał się sielski krajobraz z soczyście zielonymi polanami i kruchymi sylwetkami drzew kołyszących się na wietrze. Właśnie wychyliła głowę, zastanawiając się czy uda jej się przedostać całej przez niewielki otwór w tylnej ściance szafy, kiedy nagle z hukiem otworzyły się drugie drzwiczki, do których była akurat odwrócona tylną częścią ciała. Gdy tylko odwróciła się niezdarnie, czując jak jedna z jej nóg gdzieś się zaplątała, a ręka dalej oparta jest na klamce, zauważyła naprzeciwko zrozpaczoną twarz Measty, zaraz obok twarzy Almah, wykrzywionej w grymasie okropnej satysfakcji. Pomocnicy Almah brutalnie wyrwali Gwen z szafy, nie zważając na jej zaklinowane kończyny. I wtedy profesor wydała zduszony okrzyk.
- Co to jest?? Czy to.. ty..?? TY?? - i wsadziła swą profesorską głowę do wnętrza szafy.


Komentuj (4)


Link :: 10.04.2005 :: 14:17
- Czyjej krwi? O co chodzi? Measty..? - wykrztusiła wreszcie Gwen wychylając się z progu. Liza i Measty speszyły się momentalnie, ale już w następnej sekundzie kucharka zerwała się z zydelka.
- Ach, Lizo, chyba na Ciebie już czas - powiedziała Measty z przyklejonym uśmiechem całując przyjaciółkę w policzek.
- Musimy jeszcze porozmawiać.. Spotkamy się, dobrze? - wyszeptała Liza kątem oka obserwując Gwen. Measty nie odpowiedziała, zajmując się polerowaniem kastalii. Jej ręka monotonnie przesuwała się po kastalkach gładkimi, silnymi ruchami, a one nie otwierały się, stając się nawet troszkę wklęsłe. Trwało chwilę, zanim Gwen odważyła się ponowić swoje pytanie. Coś musiało się stać.. tylko co? Na odpowiedź czekała kilka długich minut.
- Boję się o ciebie - powiedziała wreszcie Measty bardzo, bardzo cicho, nie odrywając się od pracy i nawet nie spoglądając na swoją podopieczną. - Chcę żebyś wysłuchała moich słów dokładnie, bo już nigdy więcej nie będę mogła ich powtórzyć.. Żyjemy w państwie terroru, jesteśmy zastraszani przez władzę, przez religię, przez naszych przełożonych. Ten świat nazywa się Idealią.. Światem Idealnym - przerwała dla zaczerpnięcia oddechu i powoli odwróciła twarz ku swojej rozmówczyni. Wielka rana na policzku rzuciła się w oczy Gwen.. - Dlatego Idealnym, bo ludzie żyją tu wiecznie i nie starzeją się. Ale musimy za to nasze długowieczne życie płacić wysoką cenę. Od tego są kapłanki. Przelewają naszą krew uzupełniając nią wody Rzeki Życia.. tej, przez którą dostałaś się do naszej krainy.. Co 2 rotnię słońca kapłanki zbierają nas na ceremoni.. Taak, kapłanki. Ale Almah kapłanką nie jest. Chce naszej krwi do swoich własnych celów.. To bezprawne, niemoralne i okropne.. Ale nikt nie może jej nic zrobić bo ona w końcu kumpluje się z księżną! Teraz już rozumiesz - Measty spojrzała na Gwen żałośnie. Ale Gwen nie rozumiała wcale.
- Świat Idealny w którym składa się ofiary z ludzi?! - krzyknęła. Wszystko to przerażało ją z każdą chwilą coraz bardziej.
- Ciiicho.. - jęknęła rozpaczliwie Measty - Nie jesteśmy ludźmi.. poza tym ofiary z krwi są rzeczą całkiem normalną, ach, ty nie rozumiesz wcale! - Measty z niesmakiem odwróciła się wracając znów do swojej roboty - Może Eneasz zdoła ci to wyjaśnić. Myślę że.. - zaczęła, ale nagle jej głos zamarł. Podniosła szybko głowę. Z góry, szybem który łączył część podziemną, kuchenną, z częścią mieszkalną mknęło ku nim coś skrzydlatego, jakaś niewidoczna jeszcze do końca, zatopiona w mroku sylwetka.. To nie był nocny duszek.. to było o wiele większe.. Ach, czyżby to..
- PROFESOR ALMAH !!! - pisnęło coś w głowie Gwen tak głośno i przenikliwie że omal nie straciła przytomności. Eneasz musiał być tu gdzieś niedaleko.. Co ma zrobić, co zrobić?? Obok kastalii odnalazła wzrokiem wielką, próchniejącą szafę. Jednym skokiem znalazła się w jej środku, a Measty, która akurat upadła na kolana pozorując wycieranie podłogi, zatrzasnęła ją w niej łokciem. Eneasz wysłał sparaliżowanej Gwen kolejny telepatyczny sygnał, tym razem, całe szczęście cichszy, lecz tak szybki, że ledwo co zdołała odróżnić od siebie słowa - Inspekcja!BedąCiSzukać.JeżelMasMocSprób.. ..UdaSię. Inspekcja? Ale czego ma spróbować? I dlaczego akurat tego nie dosłyszała??
Komentuj (2)


Link :: 11.03.2005 :: 21:24
Eneasz wybiegł na zewnątrz klucząc bocznymi korytarzami i w sobie tylko wiadomo sposób otwierając łapami tuziny tajnych przejść. Gwen szła za nim w niepokojącym milczeniu. Wreszcie znaleźli się w mieście. Skrzydlaty pies pełnił rolę przewodnika.
Musiałem cię stamtąd wyprowadzić żebyś zaczerpnęła trochę świeżego powietrza – usłyszała Gwen, chociaż stworzenie nie powiedziało ani słowa. Minąwszy parę niewysokich kamieniczek znaleźli się nagle w gąszczu tygrysokrzewów. Kiedy kilka z nich już, już porywało na nią swoje ostre witki, Eneasz warknął głucho dodając po chwili, znów bezgłośnie – To tylko proceder oswajania. Nie bój się. Musisz wszystko tu poznać żebyś już się nigdy nie bała - I w ten sposób Gwen poznała i oswoiła jeszcze wielkie i niesamowite pole zegarowe znajdujące się kilka kilometrów od miasta, las zupełnie obcych niebodrzew, i właśnie miała przyjemność zauważyć kilka bezdomnych stworków które pojawiły się na horyzoncie i miało niezwykle wielkie oczy.
- Kim jesteś? - spytała nieśmiało przyglądając się pierwszemu
- Jestem Kim – usłyszała tylko.
- Ee.. a ty?
- Ja jestem Tym – spojrzała na Eneasza. Pokiwał ze zrozumieniem głową.
- A ty?
- Ja? Też – stwierdził Też, który był znacznie tęższy od pozostałych, a jego monstrualna szyja zajmowała mniej więcej dwa razy więcej niż reszta ciała - Pozwolisz że teraz my coś niecoś się dowiemy? Na przykład .. czy masz ochotę na filiżankę dwukrotnie przeżutego dnioziela?
- Dwukrotnie przeżutego? - skrzywiła się Gwen – Niee, dziękuję.
- Och! Bezczelność! Własnoręcznie przeżuwałem! - oburzył się Kim
- Chciałeś powiedzieć własnoustnie.. - wtrącił Tym
- Tak, właśnie to chciałem powiedzieć, dziękuję – Kim machinalnie ukłonił się po czym przyczesał dziko żółtą czuprynę jednym ruchem łapy której pazury na moment zamieniły się w poręczny grzebyczek – - To jak z tym dniozielem? Stanowczo odmawiasz? No a mogło nam być tak miło! Tak miło! - zachłystywał się Kim w nagłym przypływie szaleńczej rozpaczy, a Eneasz uśmiechnął się tylko zagadkowo.
- Nie odmawiaj im – szepnął swoim tajemniczym, bezgłośnym sposobem wyciągając w stronę Gwen swą długą, chudą szyję – To się może źle skończyć - W takim wypadku Gwen zgodziła się grzecznie, ale nagle Kim, Tym i Też przypomnieli sobie że są umówieni na Bardzo Ważne Spotkanie i uciekli pędem. Doprawdy, o co też mogło tym stworzeniom chodzić? - Mam nadzieję że zwróciłaś uwagę na pewną Bardzo Ważną Rzecz? - dociekał później Eneasz – Oni nie mieli skrzydeł! Widziałaś to? To jest właśnie nasz ewenement. Można ich wręcz nazwać arcyciekawymi eksponatami... Chociaż może to nie jest najlepsze określenie... Ty też możesz nim zostać, tego się wszyscy boimy. Dlatego właśnie trzeba podjąć ważną kwestię oswajania i przyzwyczajania. Gwen była przyzwyczajana jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie, znowu bocznymi uliczkami, zaczęli wracać – Na trzecie słońce jutro Cię znowu wyciągnę – obiecał Eneasz na pożegnanie.
***
Kiedy Liza weszła do kuchni, znalazła Measty zapłakaną, skuloną na zydelku w kącie. Były przyjaciółkami, pracowały u tej samej pani i zawsze mówiły sobie wszystko. Liza była drobna, dziś miała na sobie letnią sukienkę i nowe wysokie buty. Myślała że pójdą razem na miasto, Measty miała mieć dziś wolne, ale widać ma jakiś problem.. Tylko jaki? Wyglądało na to że tego akurat Liza się nie dowie, gdy tylko Measty ją zobaczyła, ukryła rudowłosy łeb w dłoniach, zanosząc się jeszcze głośniejszym szlochem. Przyjaciółka dopadła ją i kazała powiedzieć o co chodzi.
- Ech, szkoda gadać – wychlipała, wstając niezdarnie i próbując się opanować
- Czyżby to szatańskie lusterko?
- Niee... naprawdę. Nieważne – broniła się Measty, dociskając mocno dłonie do policzków. Coś musiało być z tymi policzkami i wreszcie Liza zobaczyła to i spróbowała jedną z tych dłoni oderwać.. Bez skutku
- No powiesz? Masz jakiś problem? Jakiś podły loluś? Kto cię skrzywdził?
- Nie, nie, nie.. Dobrze, powiem już... Almah. Jak zwykle Almah. Zobacz... - ostrożnie odjęła rękę od policzka. Był czerwony, zapuchnięty, i miał ślad cięcia.. – Almah... znowu chce krwi.
Komentuj (4)


Link :: 06.03.2005 :: 18:21
- Chodzi o to .. właśnie.. każda magia wywołuje przeciwmagię. To stare prawo. W każdej księdze o nim przeczytasz – objaśniła Measty wyłaniając się z olbrzymiego kufra. Gwen odetchnęła. Więc to coś normalnego.. - Zawsze tak się dzieje. Po zaklęciu nadchodzi odzew .. taki jak ten pył właśnie – Measty wskazała na grudki ziemi miotające się chaotycznie po posadzce – Chwilę wcześniej mogłyby uderzyć cię w twarz, dostać się do oczu, ust.. Nie byłoby to miłe. Ale cóż.. Magia ma już to do siebie, a prof. Almah nie zniosłaby kilku minut zwłoki gdybym miała zanosić jej śniadanie w sposób tradycyjny... Dobra, nieważne. Jak tam twoja ręka? - z ręką było już całkiem nieźle, tak więc Gwen w końcu wstała i zaczęła zwiedzać kuchnię. Jako pierwsze wpadło jej w ręce lusterko kucharki. Składało się z dwóch prostokątnych części osadzonych na lekko przerdzewiałych zawiasach które skrzypiały przy każdym otworzeniu. Otworzyła je i o mało co nie spadła z krzesła. Jedna część lusterka podpisana była koślawymi literkami 'tak wyglądasz, koszmaro'... i zawierała dokładny szkic jej zniszczonych, przetłuszczonych włosów, zmatowiałej twarzy, podkrążonych oczu z zapisanym w nich lękiem i niepewnością... a druga, z inskrypcją 'chciałoby się, co nie?' ukazywała jej twarz wypoczętą, uśmiechniętą i ładną. No a pod spodem było coś w rodzaju listy mankamentów jej urody.. 2 pryszcze nad lewą brwią, obgryzione paznokcie...Zatrzasnęła to okropieństwo natychmiast. Biedna Measty! Doprawdy lusterka tego typu powinny być zakazane. Wieczorem nagle pojawił się w kuchni Eneasz. Measty rzuciła mu coś do jedzenia. Chapnął szybko. Tak naprawdę Eneasz był przecież rasowym włóczęgą, i ani Puglia ani żaden inny skrzydlaty nie byłby w stanie go do końca udomowić. Wywęszył Gwen i skoczył na zapiecek. Zaszczekał przyjaźnie i polizał ją po ręku. Nieśmiało wyciągnęła do niego dłoń, a chude ciało przylgnęło do niej z jakąś dziwną ufnością. Po chwili Eneasz wycofał się i zaszczekał ponownie, wpatrując się w Gwen wyczekująco. Pójdź za mną, pójdź – zdawał się mówić. A Measty uśmiechnęła się tylko i szepnęła
- Idź. Przy nim nic ci nie grozi. – I była tego tak jakoś dziwnie pewna. I ten uśmiech, tak bardzo serdeczny. I jej spojrzenie, kiedy dodawała – Ale wróćcie przed zachodem. I tylko błagam, nie natknijcie się przypadkiem na prof. Almah..
Komentuj (2)


Link :: 27.02.2005 :: 11:18
Śniadanie czekało na podłodze, koło niewielkiej niby-poduszki, uszytej z pomarańczowych paciorków. Kuchnia przesycona była jaskrawo pomarańczowym światłem. Dwa olbrzymie, zwaliste piece, ściany niedbale wykafelkowane, podłoga udeptana z wilgotnej, czarnej ziemi... No i to dziwne światło, którego wszędzie tak pełno, niewiadomo właściwie skąd i dlaczego bo przecież nie było tu żadnych lamp ani okien! Nawet drzwiczki prowadzące do dalszej części domu ukryte były starannie i zawsze zamknięte na kluczyk... Measty, odwrócona do przeciwległej ściany, siedziała na zydelku poprawiając rude kosmyki. W ręku trzymała przybrudzone lusterko i właśnie kiedy po raz kolejny zmarszczyła brwi z niezadowoleniem wpatrując się w swoje odbicie, Gwen odezwała się cicho:
- Proszę pani... - kucharka obróciła się, błyskawicznie chowając lusterko do kieszeni fartucha.
- Jaka pani! Mów mi Measty, słonko! Tam masz śniadanie... - Gwen zjadła posłusznie, siedząc na koralikowej poduszce. Było pyszne, chociaż znów troszkę zbyt słodkie... Ale przecież nie będzie o tym mówić kucharce. Z resztą co za różnica co to jest...? Przecież i tak nie zamierzała zostawać tu długo. Obiad chciałaby zjeść już w domu, na Ziemi! - Pewnie zastanawiasz się nad tym, co działo się w nocy? - zapytała kucharka, wyrywając Gwen z zamyślenia. Przytaknęła nieuważnie – Wiesz... nocne duszki mają to do siebie że nigdy nie wiadomo co im trafi do głowy.. Czasami bywają bardzo pożyteczne i dobre, ale potrafią też nieźle zranić. Poza tym są niezwykle inteligentne..
- No proszę, a nie wyglądają – mruknęła Gwen wmuszając w siebie kolejną łyżeczkę słodkiej masy
- No oczywiście! One wcale nie wyglądają! Bo nie ma ich wtedy, kiedy możemy je zobaczyć, a są tylko wtedy kiedy jest zupełnie ciemno i widać tylko oczy! No i ... oczywiście wszystkie nocne duszki boją się światła, boją się panicznie. Wiesz już czemu chciałam żebyś zapaliła znicz?
- Taaak... Ale nadal nie wiem jak się to robi. W ogóle gubię się w tym świecie. Czy nie ma jakiejś możliwości żebym wróciła do mojego...?
- Nie wydaje mi się. Gdyby była, już dawno byś tam wróciła. Jedna z legend mówi że obcy nie mogą przetrwać u nas całego dnia, bo ... światło księżyca jest dla nich bardzo ... niekorzystne... Może dlatego jesteśmy tak czystą rasą.
- No.. prof. Almah opowiadała mi co innego. Mówiła coś o tym że w ogóle nie można przechodzić z jednego świata do drugiego...
- No tak! Profesor Almah, moja droga, mogłaby ci nawet powiedzieć że nie istnieją nocne duszki! Ona uważa je za moje wymysły, rozumiesz to? Moje wymysły! - oburzała się Measty - Z resztą całe profesorstwo Akademii upiera się przy tym. Mówią że nocne duszki są tylko naszymi snami, bo nie może istnieć coś, co nie ma ciała. Oni i ich filozofie! - kucharka trajkotała tak jeszcze jakiś czas nie zauważając że Gwen już zjadła, aż wreszcie podeszła do niej i usiadła naprzeciw – Wydaje mi się, kochanie, że powinnaś jeszcze wiele się nauczyć o nas. Pytaj mnie o co tylko zechcesz, dobrze?
- Tak, dziękuję – uśmiechnęła się Gwen – Na przykład... o co chodzi z tymi kafelkami i z tą.. kastą czy jak jej tam?
- Kastalią? Kastalia to ściana kastalków, czyli tych twoich 'kafelków'. W każdy z nich możesz stuknąć palcem, a otworzy się taka jakby szufladka... Nie zamyka się ich na kluczyk bo każdy ma inną moc, i trudno jest otworzyć cudzą kastalię swoją mocą..
- Ale ja otworzyłam! - zdziwiła się Gwen
- Taak.. właśnie to mnie zastanawia... Jesteś człowiekiem... Nie mam pojęcia czy ludzie w ogóle mogą mieć moc, a co dopiero pomarańczową, taką jak ja! Ale może ty wiesz coś o tym? - Measty zmarszczyła czoło i rzuciła Gwen podejrzliwe spojrzenie
- Eee.. niewiele.
- No właśnie. Ale jeżeli już masz tę moc to... - Measty nagle zamilkła, jakby sama zdumiewając się swoją szaleńczą myślą.
- To?
- Ech, nieważne. To i tak nierealne - szeroki, uśmiech zagościł na chwilkę na jej twarzy a roztargniony wzrok ześliznął się po postaci Gwen. Ciekawe co też ona miała na myśli mówiąc że to nierealne.. - Choć, pomożesz mi troszkę. Jeżeli uporamy się z tym do półsłońca.. będę mogła zająć się tobą i .. coś wymyślimy. No, ale jeśli chcesz, oczywiście?
- Tak. To znaczy no.. chyba tak – zgodziła się Gwen niepewnie. Measty wręczyła jej jakiś zagadkowy przyrząd przypominający szczerbaty grzebień, i ułożyła na blacie długi, błękiny płat czegoś, z czego za pomocą uderzeń i czesania oraz ogólnej szarpaniny należało wydobyć cały słoiczek srebrnych łusek. Dziewczyna niewiele myśląc zabrała się do pracy. Ale gdy tylko stanęła przy blacie, Measty westchnęła rozpaczliwie 'ach, jakże ja mogłam zapomnieć!' po czym wyrwała jej błękitny płat i kazała się natychmiast położyć i wypoczywać
- Zawsze byłam taka trochę.. no roztargniona, wybacz mi, panienko. Zupełnie zapomniałam... - Rana na ręce nie wyglądała już groźnie, pozostała po niej tylko srebrna blizna, a jednak należało być ostrożnym. Przez następne kilka godzin Gwen 'wypoczywała' na zapiecku, z niezwykle śmierdzącym okładem na ręce i głową zaprzątniętą milionem myśli o domu. Wreszcie Measty wyłoniła się zza pieca, trzymając w ręku wielką, srebrną tacę. Położyła ją na ziemi, wykonała parę zagadkowych ruchów rąk i wszystko zaczęło powoli wirować ku górze... (Jak można było się domyślić, tu również nie było normalnego sufitu, a taca po jakimś czasie wędrowania w górę, odnalazła przejście do części mieszkalnej).
- Jak.. jak to możliwe? - spytała Gwen z niedowierzaniem, obserwując niesłychane zjawisko
- E, taka tam sztuczka... - powiedziała Measty skromnie, nagle znikając w jakiejś wielkiej, skrzyni naprzeciwko - Schowaj się Gwen, prędko!
- Ale... o co chodzi? - jęknęła Gwen kryjąc się pod kocem.
Komentuj (5)


Link :: 24.02.2005 :: 20:51
Gwen obudziła się w nocy. Podniosła głowę. Kuchnia pogrążona była w ciemności, prześwietlonej jakby pomarańczową, bladą łuną. To był chyba czar tej kucharki – pomyślała – wszystko tutaj tak bardzo pomarańczowe i słoneczne, w tej ciemności wydawało się jednak groźne i nieprzyjazne. Wsparta na łokciach, Gwen wysunęła głowę za kant pieca, którym zasłonięte było jej leżysko. Niewiele widziała, wszystko zakrywała ciemność pomieszana z pomarańczową poświatą.
- Measty? - wyszeptała w ciemność – Measty...? - cisza. Zamknęła oczy, ale chyba tylko po to by za chwilę znów je otworzyć. W tej ciszy było coś przerażającego. Usiadła, zwiesiła nogi i wydostała się z wyścielonego zakątka. Measty spała na jakiejś dziwnej leżance przylegającej do wykafelkowanej ściany. Oddychała spokojnie i powoli... Nie było powodów do niepokoju... Gwen jednak nie mogła zasnąć tej nocy. W pewnym momencie za jej plecami zabłysły żółtofioletowe oczy.. Ach, no tak...
- Czego chcesz? - spytała oddychając z ulgą. Nie usłyszała jednak odpowiedzi. Źrenice utkwione były w jakimś punkcie po jej prawej stronie... - Co tam jest? Odezwiesz się wreszcie?
- Nie... mam obowiązku... odpowiadać... nikomu – wycedziło stworzenie powoli, nieswoim głosem, i nie przerywając dziwnego połączenia wzroku z... no właśnie, z czym? Gwen obróciła się. Nie było tam nic oprócz ściany kafelek... - O to chodzi? - szepnęła gładząc jeden z nich dłonią i uśmiechając się do nocnego stworka. Lecz nagle kafelek zaczął przesuwać się, napierając na jej dłoń mocno, mocno... Po chwili w ręce została jej jakaś dziwna szufladka z przodem z kafelka, a wnętrzem ciemnym i niewiadomym.
- Taaaak.. o to chodziło – syknęło stworzenie przeciągle i nagle...
- GWEN!!! Przestań bawić się kastalią!!! - krzyknęła Measty podbiegając do jej leżyska i rzucając się na kafelkową ścianę – Uciekaj, nocny stworze... Precz...
- Nie mam obowiązku ... odpowiadać na rozkazy służącej – syknęło stworzenie, namierzając się do skoku
- Gwen, znicz znajdziesz w drugim kastalku od strony pieca... - powiedziała kucharka z nagłą spokojnością w głosie - Zapal go ... proszę.. tu masz... - ale nagle żółto-fioletowe oczy zamrugały szybko, a piskliwy głosik rzucił
- Nie zrobisz tego!
- Zrobi! - oznajmiła Measty jadowicie, trącając Gwen lekko. Dziewczyna wyciągnęła rękę ku kafelkowi.. ale wtedy spodki oczu zniknęły nagle tak samo niespodziewanie, jak się pojawiły - No... - westchnęła Measty – Teraz idź spać i .. nie pytaj o nic na razie... - Idź spać. On już tu nie wróci. A jakby co.. pamiętaj – kucharka wcisnęła jej do ręki jakiś dziwny, podłużny przedmiot, przypominający niewielki kluczyk. Stuknęła palcem w jeden z kafelków i zabrała coś.. najprawdopodbniej właśnie to czego szukał nocny stworek...
Komentuj (3)


Link :: 24.02.2005 :: 17:58

Komentuj (0)


Link :: 14.02.2005 :: 18:58
- Nie przejmuj się nią - szepnęła Measty widząc przerażone spojrzenie Gwen - Jest raczej niegroźna. No.. chociaż potrafi ofuknąć, heheh.
- Ofuknąć?
- Taak.. Dobra, dosyć tego. Muszę brać się do roboty.. - powiedziała i zakasała rękawy kremowej szaty, jaką nosiła pod fartuchem. Podeszła do pieca.. Był ciemnoczerwony (a może tylko taki się wydawał, w tej pomarańczowej poświacie) i buchało od niego fioletowym dymem - To łamówka.. ulubione ciasto prof. Almah - objaśniła - Zawsze w czasie Hagady piekę łamówkę.. Zawsze musi mieć w środku zapieczoną gałązkę ulmuliliusa.. Na szczęście.. - sapnęła przeciągle z lekkim, niezauważalnym prawie przekąsem, uchylając drzwiczki pieca i coś sprawdzając - Zawsze jest taaka pyszna.. - westchnięcie - Ale, prawda, Ty nie masz w końcu pojęcia o żadnej z rzeczy o których mówię! Jesteś z Ziemi.. Ach.. ciągle mnie to zaskakuje .. U was nie ma Hagady, prawda? - Gwen pokręciła głową - Ani łamówki.. ani ulmuliliusa..? Ech, biedni ludzie.. Wiesz.. sięgnij tam, za twoją głową.. - kucharka wskazała coś palcem, a Gwen obróciła się. Ale za jej głową nie było nic oprócz brudnawych, burych kafelek, ze śmiesznym, wpół-startym wzorkiem - Nie tam.. tam, tam - Measty wywijała palcem na oślep, jednocześnie dokładnie siekając na blacie jakieś zioła.. - Znajdź taką książkę.. Tam będzie no.. kochana no co ja mam dużo gadać. Normalny romansik taki dla kucharek. Ale się dowiesz trochę o nas z tego.. A w tym czasie przygotuję ci coś na tą rączkę .. No śmiało, nie bój się! Ee.. oczywiście o ile umiesz czytać.. - ostatnie słowa powiedziała Measty wolniej, i odwróciwszy się spojrzała na Gwen z niepokojem - Bo umiesz?
- Ee.. - jęknęła Gwen rozpaczliwie - Ee.. nie wiem czy umiem w tym.. języku..
- Czyli nie umiesz? - Measty spojrzała na nią spod firanki rudych kosmyków i zmarszczyła brwi z niedowierzaniem. Po chwili jednak uśmiechnęła się lekko, i znów, jakby uspokojona odwróciła się do pieca - Spróbuj - Gwen znalazła książkę na jakiejś dziwnj półce, która wyrosła ze ściany jakby dopiero przed chwilą i schowała się, gdy tylko Gwen jej dotknęła. Został jej w rękach niewielki tomik, oprawiony w (jakżeby inaczej) pomarańczowy papier. Położyła się na wyścielonym zapiecku, wsparła głowę na zdrowej ręce i otworzyła książkę.
A zaczynało się to tak..

Chapteria I
Działo się to w pięknej, słodkiej krainie gdzie czas płynął powoli, księżyce nie zachodziły nigdy za horyzont szczęścia i sprawiedliwe słońca krążyły wokół niebodrzew swym jednostajnym, codziennym rytmem. W tej oto krainie, na złotym bruku, w złotym pyle jasnego, rozświetlonego szczęśliwością miasta, pojawiło się kiedyś coś jeszcze piękniejszego i wspanialszego niż cokolwiek co kiedykolwiek miało możliwość przejawić tam swą cudowną, nieskalaną egzystencję..

- Ech, rzygać mi się chce jak to czytam - pomyślała Gwen gotowa zatrzasnąć książeczkę i rzucić się z rykiem na poduszki. Ręka bolała i puchła, puchła i bolała, a krew zaczęła znów spływać i wsiąkać w szorstką tkaninę.
- A więc jednak odczytałaś coś? - doszedł do niej głos kucharki - Pięknie pisze ta Daina, co nie? Też mi się podoba. Normalnie nie mogę się oderwać od tej książki. Zaczarowała mnie swym urokiem i nostalgią.. Ten świat jest taki wspaniały.. tak bardzo przypomina mi to, o co mi, szarej, zwykłej kucharce przychodzi tylko się otrzeć.. Nie wiem czy wiesz o czym mówię.. noo.. - dalsze słowa rozpłynęły się jakoś. Głowa Gwen opadła na poduszkę. Robiła się coraz bardziej słaba.. Zupełnie tak jakby to cięcie zawierało w sobie jakąś dziwną truciznę z opóźnionym działaniem.. Sama rana w dziwny sposób okazała się niegroźna ale to.. to było niepokojące. Measty wreszcie oderwała się od siekania i podeszła do Gwen, trzymając w dłoni zabrudzony nóż. Pogładziła ją ostrożnie po czole i przyniosła cynową miseczkę z takim samym wzorkiem, jaki był na kafelkach. Pokropiła nią czoło Gwen i jej rękę. Usiadła.
- Wypij to - powiedziała po chwili, dając jej jeszcze inną cynową miseczkę. Cokolwiek to było, było kwaśne i gęste i zawierało drażniące gardło strzępki jakiś ziół. Gwen zakręciło się w głowie. Wcale nie było lepiej.. Ale przynajmniej gdy zasypiała, Measty zakrzątnęła się wokół jej ręki odprawiając nad nią jakieś dziwaczne rytuały, i co chwila polewając na przemian słodką i słoną wodą.. nie wiedziała czy to coś da.. i nie czuła się wcale bezpiecznie.. no ale przynajmniej nie była sama.

Komentuj (21)


Link :: 12.02.2005 :: 08:14
Teraz najgorsze – pomyślała – Otworzyć tę wielką, ciężką klapę za pomocą jednej, do tego zdrętwiałej już i obolałej ręki nie będzie łatwo. Zaparła się na szczeblach, i pchnęła mocno. Wąski strumień pomarańczowego światła wpadł do lochu by po chwili zniknąć, z trzaśnięciem klapy, której Gwen nie miała już siły dźwigać. Odetchnęła ciężko. Zamachnęła się zdrową ręką i naparła kolejny raz. Tym razem klapa otworzyła się szeroko, a z góry wyłoniła się para błyszczących oczu, wielki, kartoflowaty nos i wygięte w uśmiechu, szerokie usta. Po chwili przez dziurę przeszły dwie miękkie, pulchne dłonie, a Gwen chwyciwszy je, wydostała się na zewnątrz. Rozejrzała się dokoła. Nie ulegało wątpliwości że pomieszczenie to było kuchnią, i to kuchnią całkiem sporą, choć zagraconą. Było tu bardzo ciepło, gorąco buchało od rozgrzanych pieców, a w powietrzu rozchodził się słodki zapach. Kobieta o kartoflowatym nosie miała na sobie fartuch w biało-pomarańczowe pasy, na głowie białą chustkę, którą bezradnie usiłowała okiełznać wymykające się ciągle rudawe kosmyki. Gwen przypatrywała się jej w oniemieniu. Kucharka miała co prawda skrzydełka, ale wydawała się tak ludzka, tak zupełnie inna niż tamci skrzydlaci... Do tego jej oczy miały kolor pomarańczowy, jej paznokcie także, tylko skóra zdradzała pokrewieństwo ze srebrzystą rasą. Podczas gdy Gwen rozglądała się po kuchni, Pomarańczowa zagadnęła, siląc się na beztroski ton:
- No, jest panienka! Czekaliśmy. Nocny duszek powiedział mi, że panienka jest tam na dole, uwięziona.. Cieszę się że udało się jej tutaj dotrzeć... Jestem kucharką, jej mości prof. Almah, nazywam się Meastenia, ale wszyscy mówią mi Measty... - Gwen podtrzymywała teraz bezwładną prawie rękę. Measty zauważyła to wreszcie i podbiegła do niej z krzykiem – Ach, ojej, co to?! - zapytała z przerażeniem w oczach.
- Ee... wydaje mi się że ta.. prof. Almah.. tak mnie urządziła.. - wycedziła Gwen przez zęby, starając się nie skupiać uwagi na bólu, ale wpatrywać w jasnopomarańczowe oczy Measty.
- Urządziła? To znaczy...? Czy to nie jest typowa cecha ludziów?
- Nie.. - zaprzeczyła Gwen marszcząc brwi – To nawet dość dziwne że to cięcie mnie nie zabiło.. Ta cała prof. Almah podcięła mi tętnicę i .. ee .. w ogóle.. - szeptała przyglądając się ranie z niedowierzaniem.
- Podciąć tętnicę..? A co to znaczy? - kucharka wydawała się już trochę zirytowana tym, jak bardzo nie orientuje się w świecie Gwen
- No.. kiedy ludzie mają takie rany jak ta.. mogą umrzeć. W ogóle.. no nie wiem, wy chyba też umieracie?
- Umierać? Ale co umierać?> Siebie?
- Ee... - z kucharką dyskusja mogłaby trwać długo, na szczęście jednak wreszcie Measty żachnęła się i powiedziała z westchnieniem:
- Tak czy owak, coś z tobą zrobić trzeba. Jeżeli nie chcesz wracać do prof. Almah... jeżeli ona cię krzywdzi... Nie wiem co prawda w jaki sposób i dlaczego, ale jeżeli... - Measty wzięła się pod boki i rozejrzała po kuchni – Noo.. oczywiście że mogę cię tu ukryć – Gwen uśmiechnęła się. Measty pościeliła jej miejsce za piecem, układając na nim równiutko kilka warstw jakiegoś grubego materiału – Tu będziesz spała... (Spadaj, Loris!) - Loris była niewielkim stworzeniem przypominającym trochę małpkę, ale z różkami na czole i, oczywiście, dwoma skrzydełkami. Spojrzała na Gwen wzgardliwie, ogromnymi, wyłupiastymi oczkami i odeszła – Loris ma urojenia że jest moim dzieckiem – objaśniła Measty ledwo dosłyszalnym szeptem. Zwierzątko odwróciło brzydką główkę i prychnęło cicho. Chyba jednak Loris usłyszała.
Komentuj (3)


Link :: 08.02.2005 :: 19:15
- Na co czekasz? - zaśmiało się 'echo' którego głosik dziwnie przypominał głos stworzenia o żółto-fioletowych oczach
- Ach, więc to ty!
- Nie, to nie ja! - odpowiedział chichot – No w końcu chcesz tu wejść czy wołałaś mnie tak tylko żeby pogawędzić?!
- Ee.. przede wszystkim chcę stąd uciec..
- No to przecież mówię żebyś przyszła. Masz klucz.
- Ale nie mam skrzydeł!!
- No, doprawdy myślałem że ludzie są inteligentniejszymi stworzeniami – zaśmiało się coś i zamilkło – Nie no, ty to już przeszłaś nawet starą Sylurzycę.
- Proszę, powiedz mi jak mam przyjść...
- Hehe, możesz przyjść siłą sugestii – stwierdziło coś obojętnie – O ile posiadasz takową. Dobra, ja czekam na górze.
- Alee... - westchnęła Gwen z goryczą i bezsilnie rzuciła się na stół-łóżko. Co ona ma zrobić?! I czemu to dziwadło uważa że to niby takie proste?! Kilka kryształowych łez przeciekło przez niby-poduszkę i opadło na blat stołu. Kolejny raz Gwen wymacała blat, by przekonać się że wszystko co czuje jest tylko iluzją. I, wtedy to do niej dotarło. Przecież ten stół może być wszystkim... To znaczy.. rzekomo może.. Wstała i wypchnęła go na środek lochu. Zamknęła oczy, by silniej zadziałała wyobraźnia i .. oparła stopę na szczebelku drabiny. Potem na drugim.. potem.. otworzyła oczy. Ach, jej ciało wisiało teraz w powietrzu, kilka stóp nad ziemią, a jedną z rąk czuła szczebel, którego wcale nie było... - To musi być jakiś żart! - pomyślała i w tym samym momencie noga ześliznęła jej się ze szczebelka.
- Musisz w to wierzyć – podpowiedział głosik – Fikcja może być realna zawsze. Ale musisz mocno wierzyć, i ani chwili nie wątpić.
- Staram się – odpowiedziała, wspinając się na kolejne szczeble. Gdy była już dość wysoko, może w połowie drogi, poczuła strach. Takie dziwne mrowienie, zaczynające się w mózgu a kończące na czubkach palców jej stóp, opartych, niezbyt zresztą stabilnie. Zamknęła oczy bo to wszystko było zbyt dziwne, by w to wierzyć. Może to był sen.. Może. Ale gdy tylko dopuszczała do siebie taką myśl, jeden ze szczebli gubił się gdzieś i ledwo udawało jej się zahaczyć o następny, nie upadając. Była już zmęczona, i do tego myśli było za wiele, stanowczo za wiele. Kłębiły się w głowie jak złośliwe muchy, nie dając spokoju, kąsając każdą cząstkę jej zawieszonej nad ziemią świadomości. Gdy była już pewna, że dalej nie zajdzie, złapała kilka krótkich oddechów. Nie uda się. To prowadzi donikąd. Kilka szczebli osunęło się spod jej nóg. Zawisła teraz tylko na ręce.. i do tego tej zranionej przez prof. Almah, a rana zaczęła się rozrywać, krwawiąc – Dłużej już nie mogę – jęknęła rozpaczliwie obserwując kroplę krwi, monotonnie wędrującą po jej ramieniu – Nie mogę.
- Och, nie poddawaj się! - Ale Gwen nie mogła już nic odpowiedzieć. Ręka piekła, puchła, krwawiła i bolała niesamowicie. Zacisnęła zęby – Wszystko zależy od twojej wyobraźni. Pamiętaj o tym co ci powiedziałem.. Fikcja... - wszystko zależy od niej. Dobrze więc. Wejdzie po tej drabinie, choćby miała przy tym umrzeć. Wyczuła jeden ze szczebli palcami drugiej dłoni i oparła stopę na innym szczeblu, w którego istnienie wierzyła teraz z całych sił. Jeszcze kilka metrów tej udręki i .. Zderzyła się głową z czymś twardym. Nie mocno, tak tylko żeby wiedziała że wreszcie dotarła do końca. Nareszcie otworzyła oczy. Klapa... Tak.. miała mosiężne okucia, wyglądała na solidną i ciężką. Starając się jednocześnie nie patrzyć w dół, utrzymać równowagę i wiarę, wymacała w kieszeni dżinsów kluczyk. Nic to, że dżinsy były już teraz we krwi. Wepchnęła klucz na siłę, jedną ręką. Kłódka była wielka, ciężka, i wcale nie dawała się tak łatwo otworzyć...
- Hej, jesteś? - zawołała bezsilnie stworka, ale nigdzie go już nie było... nagle tak po prostu zniknął! Kolejny raz szarpnęła kluczem. Solidna kłódka, opleciona wstęgą pajęczyn zgrzytnęła cicho...

*** to XXIII odcinek. z tej okazji powiedzcie mi szczerze: czy gwen schodzi na psy? schodzi.. wiem o tym. robię z tego hollywodzką szmirę co nie? a może to zawsze była hollywodzka szmira? proszę o szczere opinie, najlepiej krytyczne, jak ktoś się mnie boi to się może nie podpisywać ale naprawdę krytyka mile widziana :> :P***
Komentuj (3)


Link :: 07.02.2005 :: 18:54
Gdy Gwen otworzyła oczy, prof. Almah już nie było, była za to piekąca blizna na wewnętrznej części przedramienia. Długie, krwawe cięcie sięgało od nadgarstka, prawie do łokcia. Wstała i z przerażeniem obejrzała rękę. Tym razem było jasno, więc nie miała z tym problemu. Skąd to się wzięło? Gdy zasypiała, przecież jeszcze tego nie było. Ale teraz... boli okropnie. Aż dziwne że się nie wykrwawiła. Co z tym zrobić? Przecież tego nie opatrzy, nie ma czym. Trudno, chyba powoli musi zacząć przyzwyczajać się do dziwnych rzeczy dziejących się w tym przesłodzonym piekle...
Na podłodze stała taca z kilkoma cynowymi miseczkami. Spojrzała na nie podejrzliwie. Największa z nich stała w środku i zawierała opis: 'rachatłukum. Gwen zmarszczyła brwi. Rachatłukum? Co to może być? Powąchała to dziwactwo ostrożnie. Gęsta, kleista masa z orzechami i migdałami pachniała miodem i egzotycznymi owocami... Wzięła miseczkę do rąk. Jakkolwiek trzeba było zachować ostrożność, rachatłukum zaczęło stawać się obiektem jak najbardziej pożądanym przez jej pusty żołądek. Nie mogła się powstrzymać. Mmm.. to było naprawdę dobre... nawet jeśli teraz trochę ją od tego mdliło. W kolejnej miseczce znalazła coś, co podpisane było inskrypcją 'dnioziele poranne'. Ach, więc to było to coś, co proponowała Alexowi Fairie! Wypiła łyczek. Nie bardzo wiedziała, jak to możliwe, ale złoto-pomarańczowy napój pachniał wschodzącym słońcem, lekkim wiatrem i poranną mgiełką. Wypiła duszkiem, a gdzieś w okolicach serca nagle rozlało się takie miłe, błogie ciepło. Prof. Almah stawała się postacią co najmniej dwuznaczną. W kolejnej miseczce leżało pięć błękitnych liści jakiejś dziwnej rośliny. Smakowały jak sałata, czyli właściwie nie miały smaku, a jednak zaspokoiły dostatecznie jej wilczy apetyt. Brakowało tylko mięsa, albo czegoś konkretniejszego, no ale może na obiad będzie coś takiego? A co jeśli skrzydlaci są wegetarianami? Chwilę potem w lochu pojawił się wąski promień światła, rozszerzając się z każdą chwilą, a z niego wyłoniła się nareszcie postać prof. Almah.
- I jak tam? Smakowało?
- Ee.. tak.. ale .. co robi to na mojej ręce? - Liliowa stała w progu, obserwując Gwen wpół przymkniętymi oczami
- To? Wydaje mi się że nic nie robi. To jest tylko wynik jednego z eksperymentów :]
- Eksperymentów?
- Tak – powiedziała Almah sucho, z przymilnym uśmieszkiem. Przecież nie będzie ujawniać tej dziewczynie do czego potrzebna jest jej krew.. Naprawdę, mimo najszczerszych nawet chęci, nie mogła.. Ale chyba powinna ujawnić coś innego.. - Muszę przeprowadzić szereg badań, by udowodnić, że nie stanowisz zagrożenia – rzekła tylko i zajęła miejsce na niby-stole. Na jej dłoni pojawiła się karteczka z dziwaczną listą. Gwen usiadła obok i zajrzała przez ramię, ale pismo było bardzo niewyraźne – Co tak zerkasz? - spytała wreszcie prof. Almah szturchając Gwen w bok. Gwen odruchowo wyszczerzyła zęby w nerwowym uśmieszku – No, i właśnie to jest to. Brakujący element logicznej układanki! - stwierdziła prof. Almah żywo i wyciągnęła ku Gwen rękę. Dziewczyna odskoczyła – Dostałaś dzisiaj jedzenie... tak?
- Tak. Nie było złe.
- Wiem że nie było. Mam takie śliczne safianowe buciki...
- I co?
- Nie pyskuj. Myślałam o tym.. - palec prof. Almah postukał w jej ząb. Okropność. Gwen wszystkie zęby ma już stałe – Chciałabym byś dobrowolnie oddała mi jedną z tych perełek.
- Perełek?
- No.. tego.
- Zębów?
- Okropna nazwa. Zęby. Potrzebuję jej. Nie, nie dlatego że brak mi rumli, po prostu muszę zbadać..
- Ależ przyrzekam Pani że moje zęby nie stanowią zagrożenia.. jeżeli o to chodzi – rzekła niepewnie, zastanawiając się co to są rumle
- Mi tam nic po twoich obietnicach. Daj mi jedną. Nie proszę o zbyt wiele. W zamian dostaniesz buty..
- To są stałe zęby! Poza tym nie potrzebuję butów – Gwen schowała bose stopy pod stół
- Nie potrzebujesz? Hehe, to nawet lepiej! Ale tą perełkę dostać muszę.
- Nie... nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł
- Jak chcesz. Wrócę tu za kwadrę II słońca.. (masz tu klepsydrę, bo pewnie nie znasz się na naszym czasie) i .. ten.. jak to mówisz.. zęb ma leżeć na podłodze. Wszystko jedno który. Idę po odczynniki. Aha, i jeszcze jedno.. paznokcie też się przydadzą. Wyjmij przynajmniej jeden.
- Nonsens – szepnęła Gwen, gdy już została sama. Wyrwanie zęba... już to byłoby okropne. Ale wyrywanie paznokci?! Nie, no to już przegięcie. I do tego ona myśli że to takie proste i wcale nie boli. No tak, może w tym świecie nie ma bólu. Może ona, tnąc jej rękę nie wiedziała o tym, że to może boleć. W ogóle jak na profesor, Almah stanowczo zbyt mało wiedziała. Gwen zaczęła sobie przypominać że tak naprawdę robiono z ludźmi.. na ziemi. Wyrywano paznokcie na przykład. Brr.. nigdy by nie pozwoliła na coś takiego. Rzuciła się na zaczarowany stolik, rycząc. Z jakiej racji trafiła do tego piekła?! Rana na ręce piekła, gorące łzy zastygały na chwilę na policzkach, by zaraz w dziwny sposób zniknąć. Nie pozwoli się tak traktować, nie pozwoli! Ale niby co ma zrobić właściwie? Po chwili usiadła, ocierając oczy. To nic nie pomoże. Dopiero teraz spojrzała na klepsydrę. W jej wnętrzu bulgotały łzy, w dziwny sposób przeteleportowane z jej policzków. Debilizm. Chwyciła klepsydrę i rozbiła ją o ścianę lochu. Rozległ się brzęk. Może wróci do świata.. Nie.. Wróciła na stół. Usiadła.. coś ostrego wbijało jej się w nogę... jakiś kształt.. Ale zaraz, to przecież kluczyk... Wyszarpnęła go z kieszeni dżinsów. Gdyby tylko mogła się tam dostać – Hej! - krzyknęła patrząc w górę pionowego tunelu, jakim oddaliło się stworzenie o fioletowo-żółtych oczach. Tylko echo odpowiedziało głuchym głosem - Jest tam kto??
- Nie ma – odpowiedziało znowu
A więc jednak jest – szepnęła Gwen do siebie, mocniej zaciskając palce na kluczu..
Komentuj (3)


Link :: 03.02.2005 :: 07:18
Obudził ją chrzęst zamka. Dopóki się nie obudziła, była wręcz pewna, że wcale nie zasypiała, jednak jak można obudzić się nie zasypiając? W lochu nagle zrobiło się jasno, a prof. Almah weszła, chowając za sobą płócienny chyba woreczek z niewiadomą zawartością. Rozkazała Gwen zejść ze stolika, i usiąść pod ścianą. Dziewczyna usiadła, przypatrując się jej nieufnie.
Prof. Almah wyjęła z woreczka pięć malutkich buteleczek, i parę innych tajemniczych rzeczy, których Gwen dostrzec nie mogła, bo profesor przezornie zasłoniła je dłonią. Zasiadła na niewidzialnym krześle, dosunęła je do stolika i zgarbiła się tak, że Gwen zupełnie nie mogła juz zobaczyć, co robi. Trwało to może jakieś pól godziny, tak że Gwen znów zaczęła robić się senna. Wreszcie profesor Almah odwróciła się, trzymając w trzech palcach buteleczkę z fioletowym płynem.
Możesz już usiąść przy stole – oznajmiła, uśmiechając się dobrodusznie – Proszę, wypij troszkę tego – Gwen zawahała się – Nie bój się, nie stanie ci się po tym żadna krzywda. Naprawdę – co miała zrobić.. wypiła, wierząc uparcie że prof. Almah nie zlamałaby słowa danego Księżnej. Mikstura była kwaśnawa i dość gęsta – Dobrze, teraz mi powiedz jak się czujesz?
- Ee... normalnie. No... trochę jakby zaczęła mnie boleć głowa. ale to pewnie ze zmęczenia.
- A nie odczuwasz... wewnętrznej pustki, apatii, osamotnienia i zagubienia? Nie dręczy cię jakaś dziwna niepewność? - wyrecytowała
- Eee.. jakby to powiedzieć.. to też ale raczej nie z tego powodu...
- A jednak! - wykrzyknęła prof. Almah tryumfalnie i zaznaczyła krzyżyk w jakiejś swojej tajemniczej rubryczce – No to teraz spróbuj tego – podsunęła jej pod nos buteleczkę z czymś żółto-pomarańczowym.
- Wie pani... jakoś tak chyba wolałabym coś zjeść – rzekła Gwen smętnie, po chwili milczenia. Żałosna garstka niby-truskawek sprzed kilku godzin zamajaczyła gdzieś w najdalszej cząstce jej świadomości. Uch.. wcześniej jakoś tego nie czuła, dopiero teraz... Głód skręcał jej wnętrzności i zawracał w głowie. Okropność... Prof. Almah nie odpowiedziała ani słowem, zaznaczyła tylko kolejny krzyżyk i sięgnęła po następną buteleczkę. Tym razem płyn był srebrzysty. Na dłoni Gwen zalśnił tylko przez chwilę i wsiąkł, pozostawiając po sobie srebrną smugę
- O, to ciekawe – oznajmiła profesor – Czy wiesz, że gdyby wykąpać cię całą w tej miksturze, mogłabyś mieć taką samą skórę jak my?
- Hm. nie wiem czy na pewno bym tego chciała – mruknęła niedosłyszalnie. Po sprawdzeniu kilku pozostałych mikstur, i zapisaniu przy każdej niewiele mówiących Gwen rezultatów, prof. Almah uprzątnęła rzeczy ze stołu i pozwoliła jej się położyć. Gdy dziewczyna zasypiała, prof. Almah badała jeszcze parę rzeczy przy pomocy jakiś przyrządów, magnesów, drutów, kabli, magicznych kamieni, wahadełek i temu podobnych dziwadeł, aż wreszcie zgasiła światło i wyszła.

Komentuj (4)


Link :: 02.02.2005 :: 17:55
- Kim jesteś? - mruknęło wreszcie 'coś' ciepłym, cichym głosem, mrużąc oczy, które, jak się okazało były żółte w niebieskie prążki
- A ty?
- A ty?
- Ja nie powiem – oznajmiła Gwen, pierwszy raz od czasu pojawienia się w tym świecie mając nieprzemożoną ochotę nie zrobić tego co jej się każe.
- Więc ja też nie – przez chwilę była cisza, aż wreszcie oboje otworzyli usta by coś powiedzieć – Ty pierwsza.
- Wcale nie.
- Więc dobrze, nie odzywajmy się, do czasu aż nie wróci ta ... przemiła i przeurocza pani Aldona Fiogranda jakaśtam..
- O, widzę że jej nie lubisz..
- Cóż, nie nazwałbym tego tak.. powiedzmy że mamy odmienne charaktery.. - Gwen wbiła wzrok w ciemność, ale w żaden sposób nie mogła dostrzec niczego oprócz tych dziwnych, świetlistych oczu. Jedno z nich mrugnęło, a potem oboje oczu przybliżyło się nieznacznie. Cokolwiek to było, przyglądało się jej teraz w osłupieniu.
- Też jesteś jej ... więźniem? - zapytała w końcu
- Też? Zabawne.. - krótki, przenikliwy śmieszek – Nie, nie jestem jej więźniem – stworzenie zmierzyło Gwen wzrokiem.. - Za to ty, jak widzę jesteś właśnie. jakąś jej ofiarą... No, z resztą mogłem to już wcześniej zauważyć... Amputowała ci skrzydełka? Biedactwo..
- Nie, niczego mi nie amputowała! - krzykneła - Ile razy mam powtarzać wszystkim wkoło że jestem człowiekiem i jak długo wszyscy będą się temu dziwić?
- Spokojnie... nie miałem zamiaru się dziwić.. Właśnie tak sobie myślałem przed chwilką: „ta mala na pewno jest człowiekiem”... Chociaż... - dodał po chwili – Chociaż tak mówiąc szczerze wcale nie wyglądasz na człowieka. - Nie wygląda na człowieka? A na co? Na małpę? Gwen zmarszczyła gniewnie brwi, podkurczyła nogi (stół natychmiast przybrał formę fotela) i postanowiła więcej się nie odzywać – Ej no, chyba się nie obraziłaś? - spytało stworzenie przymilnie, po czym mrugnęło kilka razy - Miałem na myśli to, że wyglądasz lepiej od tych pierwotnych, owłosionych typów z maczugami jakie widnieją na rycinach Akademii...
- Ee.. aha. Pierwotne typy mówisz?
- No ale ostatecznie... tym ciekawszym jesteś znaleziskiem ... O nie, znów powiedziałem coś nie tak? Dobrze, dobrze, chyba będę lecieć.
- Nie wyjdziesz, drzwi są zamknięte – oznajmiła Gwen ponuro - Swoją drogą ciekawe kim ty w ogóle jesteś i jak ty wyglądasz... No i ciekawe w jaki sposób się tu dostales...Przez drzwi byś nie przelazl...
- Glupia jesteś – prychnęlo stworzenie – Przecież mówilem że będę lecieć, nie iść. Poza tym, tak dla twojej wiadomości drzwi zamknięte są tylko od wewnątrz – szelest skrzydelek. Musialo to być coś na ksztat niby-psa Eneasza.. Chwilę potem oczy oddalily się i zawisly gdzieś nad nią, wirując wokól wlasnej osi, aż Gwen zakręcilo się w glowie – Tu nie ma sufitu, moja droga, i zamiast iść schodami twoja paniusia mogla tutaj zlecieć z góry, ale - miala ciebie, więc sama rozumiesz... - kilka obrotów żólto-fioletowych oczu.
- Nie, nie rozumiem wcale – szepnęla wzdychajac. I w tym samym momencie coś ugodzilo ją w środek czaszki...
- Aauu... co to bylo?!
Nic takiego...zrzucilem ci klucz. Tam na górze jest furtka.. ja mogę się prześliznąć miedzy kratami, ale klucz ... ten klucz powinien ci w zupelnosci wystarczyć... My, dziwolągi, powinniśmy w końcu trzymać się razem – kluczyk byl maly, srebrny i zimny. Gwen wyczula palcami drobne rzeźbienia, a na środku wykaligrafowane bylo wielkie, rzymskie 5. Czy to byla piąta cela, jaką posiadala prof. Almah? A może piąte wyjście? A tak w ogóle to skąd ludność tej krainy zna rzymskie cyfry i choćby angielski? Gwen wyciągnęla klucz przed siebie, usilnie starając się dostrzec choćby jego zarys... Wreszcie schowala go do kieszeni dżinsów i polożyla się. Nawet jeśli rzeczywiście mialby otwierać jakąś furtkę, tam, na górze, to Gwen i tak nie miala możliwości tam się dostać...
Komentuj (1)


created by alioth - me :]

księga..
[Księga gości]

archiwum 2008
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień

odwiedzam..

stories:
7świat
mr nobody
readers:
izuś
aguś
przemek







Measty

z góry wyłoniła się para błyszczących oczu, wielki, kartoflowaty nos i wygięte w uśmiechu, szerokie usta
miała na sobie fartuch w biało-pomarańczowe pasy, na głowie białą chustkę, którą bezradnie usiłowała okiełznać wymykające się ciągle rudawe kosmyki
do tego jej oczy i paznokcie miały kolor pomarańczowy


[chyba usta mi nie wyszły, za wąskie. a to w końcu nie Piotruś vel w.u. tylko postawna kobita :P:P]
Fairie

biało-blond, mleczne, proste włosy sięgające pasa i mieniące się tęczowo skrzydełka, zupełnie takie, jak u ważki, bardzo kruche i ażurowe
bardzo jasna skóra mieniącą się srebrzyście i wielkie oczy o biało-niebieskich tęczówkach...
niebiańsko długie, wyposażone w wysokie buty nogi, bladoróżowe usta


wybaczcie dollsa ale w żaden inny sposób nie potrafiłam oddać obleśnie przesłodzonej natury skrzydlatych, a już Fairie zwłaszcza